Jarków – mała miejscowość w okolicy Kudowy Zdroju. Można pomyśleć, że miejsce jakich wiele. A jednak znajdziemy tu coś, co jest wyjątkiem na skalę kraju. Rancho Stokrotka. Gospodarstwo agroturystyczne, choć ze względu na prowadzone warsztaty agroturystyka stała się właściwie tylko dodatkiem.

O swoim miejscu na ziemi, koniach i tresurze zwierząt (na przykładzie kurczaków) opowiada Jakub Gołąb.

Czym wyróżnia się Rancho Stokrotka?

Od typowej agroturystyki odróżnia nas to, że ludzie, którzy tu przyjeżdżają nie są przypadkowi. Zajmujemy się wieloma rzeczami, więc osoby przyjeżdżające do nas to zazwyczaj społeczność związana z naszymi warsztatami. W większości są to ciekawi ludzie, nie zwykli urlopowicze. Nawet jeśli przyjeżdżają na agroturystykę, to są oni byłymi lub przyszłymi warsztatowiczami.

Dlaczego warto tu przyjechać?

Choć większość trafia tu ze względu na warsztaty, to jednak nie wszyscy. Jedna z dziewczyn, które można u nas spotkać, trzy lata temu przyjechała na wolontariat. Chciała pomieszkać, pożyć w tym miejscu, popracować z nami. Na warsztaty zapisała się dopiero później.

Od czego się zaczęło? Skąd pomysł na warsztaty i poniekąd agroturystykę?

Zaczęło się od tego, że nigdy nie chciałem żyć w mieście, choć urodziłem się we Wrocławiu i przez 26 lat swojego życia tam mieszkałem. Męczyło mnie ono, chciałem uciec. Kiedy po studiach pojawiła się taka szansa, to z niej skorzystałem. To była spontaniczna decyzja „kupimy konie, otworzymy stajnię”. Chcieliśmy stworzyć ją mniej konwencjonalną, taką, jaką zawsze chcieliśmy. Mieliśmy własne wyobrażenia i wiedzę na ten temat. Tak się szczęśliwie złożyło, że nam się udało. Najpierw na dzierżawionym obiekcie prowadziliśmy stajnię z typową szkółką. Uczyliśmy ludzi jazdy konnej i zaczynaliśmy organizować warsztaty. Zaczęliśmy od koni, ale kury pojawiły się bardzo szybko. Od tamtego czasu proporcje zupełnie się zmieniły. 

Jakie warsztaty prowadzicie?

Z koni dwa, ogólne i szczególne. „Konie i my” – trzy dni dla obecnych albo przyszłych właścicieli koni, którzy chcieliby je traktować mniej użytkowo, a bardziej jak zwierzęta towarzyszące. Wszystko, co może wiązać się z ich komfortem fizycznym i psychicznym. Chodzi o to, żeby wszystko sobie dobrze poukładać. Żeby wynikły z tego same dobre rzeczy nie tylko dla człowieka, ale przede wszystkim dla konia. Drugie warsztaty bardziej specjalistyczne, dotyczą pielęgnacji kopyt. Właściwie wyłącznie dla właścicieli, którzy chcieliby lub muszą się tym zająć.

Następnie są kurczaki, których to warsztatów jest zdecydowanie najwięcej w ciągu roku. Do tej pory warsztaty pierwszego stopnia z tresury odbywały się 6-7 razy w roku, plus dwie edycje poziomu drugiego. Na końcu pojawiły się warsztaty z permakultury czy ogrodnictwa ekologicznego. Organizujemy je raz w roku, podobnie jak kursy koszenia kosą alpejską.

Co to jest kosa alpejska? Jak się nią pracuje?

Kosa alpejska to trochę inne narzędzie niż taka tradycyjnie używana w Polsce. Można porównać to do noży: są stołowe, kupione w markecie i są markowe, którymi da się nawet porąbać drewno. Różnice między tymi dwiema kosami wynikają z historii. We wschodniej Europie koszenie było aktywnością dla silnego chłopa, w związku z czym narzędzie, którym się posługiwał nie musiało być zbyt finezyjne, bo większość można było załatwić siłą. W Alpach to się nie sprawdzało. Ze względu na to, że łąki tam są rzadkie, porośnięte niską trawą, narzędzie było przygotowane na maraton, a nie sprint. Liczyła się technika, a nie siła. Chodziło o to, by kosić bez zmęczenia. W związku z tym powstałą kosa, którą mogły się posługiwać kobiety i dzieci, bo to było ich zajęcie. Narzędzie jest dużo bardziej finezyjne, ale też trudniejsze w obsłudze, ponieważ trzeba mieć dobrą technikę żeby skosić cokolwiek. Ale jeśli już to umiesz to możesz kosić zupełnie bezwysiłkowo.

Przeciętny posiadacz psa i kota wie, że zwierzątko ma i musi się nim zająć. Ale zazwyczaj jest to dużo głębsza relacja i nie wszyscy są tego świadomi. Dobrym przykładem są konie.

Większość ludzi chciałaby, żeby ich zwierzęta robiły to, co oni chcą i były grzeczne. Wychodzimy z odwrotnego założenia, że skoro się nimi opiekujemy, to my powinniśmy stworzyć im takie środowisko, w którym mogłyby jak najlepiej funkcjonować. Jeśli nie chcą żeby się do nich wtrącać, to nie pchamy się tam na siłę. Staramy się stworzyć im takie warunki i możliwości, by czuły się jak najlepiej. Niekoniecznie jest to zbieżne z naszym interesem, a właściwie bardzo często nie jest. Trzeba dołożyć sobie trudu, żeby coś zorganizować inaczej, niż wskazywałaby nasza wygoda czy rozkład doby. Ale w praktyce to procentuje, na przykład naszą relacją z tymi zwierzętami, które żyją praktycznie bez stresu. W związku z tym możemy pozwolić sobie na rzeczy, które nie są obserwowane zbyt często. W chowie tabunowym koni ich agresja wobec człowieka jest znikoma, a w dowolnej standardowej stajni znajdziemy co najmniej kilka koni, na które „trzeba uważać”.

Czyli stawiacie na naturalne relacje i zachowania wśród zwierząt.

Tak. Przede wszystkim stawiamy na możliwość realizacji tych naturalnych zachowań. Głównie poprzez nieutrudnianie im tego i unikanie sytuacji, w których te naturalne potrzeby nie mogłyby się realizować. Dla koni najważniejsze jest stado. Niesłychanie istotne dla nich jest, by było trwałe. Dlatego też przyjęliśmy zasadę, że jeśli trafia do nas koń to z naszego stada może opuścić to miejsce tylko w jeden sposób: na tamten świat. Żaden nie wyjeżdża, żaden nie zostanie sprzedany. Wyraźnie widzimy, że ma to ogromny wpływ na ich stabilność emocjonalną, jakie są w stosunku do siebie nawzajem, w stosunku do ludzi. Niektóre przez to diametralnie się zmieniły, bo część z nich jest „z odzysku” z klasycznych stajni, po różnych przejściach. Niektóre z nich dopiero tu się odnalazły, po ponad połowie życia spędzonej w różnych dziwnych miejscach.

Rozmawialiśmy już o koniach, o tresurze zwierząt, ale o co chodzi z kurczakami?

Wszystko się zaczęło od tego, że odkąd zajmujemy się zwierzętami szkoliliśmy je z użyciem nagród. Podczas pierwszych prób warsztatów było wiele pytań o nasze sposoby pracy ze zwierzętami. Mieliśmy wówczas głównie konie. Wpadliśmy na pomysł, żeby pokazać ludziom jak to robić na przykładzie właśnie koni. Okazało się to bardzo kiepskim rozwiązaniem. Konie to duże zwierzęta i czasem mogą być niebezpieczne. Ludzie też mają różne dziwne pomysły i każda grupa próbowała nauczyć zwierzęta innych głupot. Z literatury dowiedzieliśmy się, że jako model do szkoleń dość dobrze nadają się kury. Można je wykorzystać, bo są „łatwe w obsłudze”. Kura nie jest też dużym zwierzęciem. Można ją łatwo dostać, łatwo utrzymywać, nie ma problemu z oddaniem jej później do adopcji. Ponadto fajne jest to, że szybko się uczą, a niewiele domyślają, w tym sensie, że nie zwracają uwagi na nas i nie czytają naszych podpowiedzi, więc nie nauczą się „pomimo”. Albo więc robisz dobrze i się nauczą, albo robisz źle i się nie nauczą. Dlatego są tak dobrym modelem. To nie jest tak, że dostaniesz bystrą kurę i możesz robić głupoty, a ona i tak się nauczy. Tak nie będzie. Trzeba jednak troszkę zaangażowania i wysiłku, żeby siebie nauczyć i ją. Okazało się to hitem i podobne warsztaty organizujemy już 17 rok. 

Kto przyjeżdża na takie warsztaty?

Największą grupą zawodową, o ile tak można to określić, są ludzie zawodowo związani ze szkoleniami psów. To bardzo duży rynek, a szkół dla psów jest mnóstwo. Popyt zresztą na tego typu usługi jest ogromny. W związku z tym konkurencja na rynku ogromna, dlatego ludzie, którzy zajmują się psami próbują aktywnie poszerzać swoją wiedzę i zdobywać nowe kompetencje. 

Część ludzi przyjeżdża z czystej ciekawości, chcą nauczyć się czegoś nowego. Przeskoczyli oni etap śmieszności pomysłu tresowania kurczaków, a teraz wydaje im się to ciekawe. To są bardzo różni ludzie. Z tej grupy bardzo często przyjeżdża do nas typ „wypalony programista około trzydziestki”, który ma dość siedzenia przed komputerem, którego nudzi to co robi i chciałby w życiu zająć się czymś innym. W jednej z ostatnich grup etapu pierwszego mieliśmy sporo takich osób: analityk finansowy, programista, matematyk. Ludzie tacy nie mają lub mają na co dzień kontakt ze zwierzętami, ale nie profesjonalny. Są właścicielami psów, kotów czy innych zwierząt, ale temat tresury ich zaciekawił. I to wystarczy.

No właśnie. Konia można uczyć, psa można uczyć. To powszechne. Kurczaki są fajnym modelem. Ze zwierząt domowych gryzonie i ptaki da się stosunkowo łatwo uczyć. A co np. z kotami?

Też da się je szybko nauczyć, tylko koty są specyficzne z dwóch powodów. Po pierwsze kota jest bardzo trudno zmotywować, zwłaszcza koty „szczęśliwe”, czyli mające możliwość realizacji naturalnych potrzeb. Mówimy tu o kotach wychodzących, polujacych. Takie osobniki niesłychanie trudno zmotywować jedzeniem. Trzeba byłoby wymyślać nie wiadomo co. Czasem się to udaje, a czasem nie. Koty tez bywają nieraz bardzo wybredne w stosunku do jedzenia, więc znalezienie czegoś, co go zmotywuje może nie być najłatwiejsze. Jednak głównym problemem jest to, że koty mają bardzo krótką uwagę i trzeba się do nich dostosować. Mamy tendencję do ciągnięcia lekcji w nieskończoność, a taka sesja dla kota powinna trwać maksymalnie kilkanaście sekund, bo rozprasza się on bardzo szybko, zaraz zajmie go coś innego. Stąd pogląd, że kotów nauczyć się nie da. Są zainteresowane, ale bardzo krótko. Jeżeli to uwzględnimy, to okazuje się , że koty bardzo fajnie się uczą.

Biorąc pod uwagę różnice i predyspozycje gatunkowe, właściwości danego gatunku, inteligencję z poziomu danego zwierzęcia, to właściwie każde zwierzę da się nauczyć, tak?

W sumie tak, to kwestia znalezienia właściwej motywacji. Jednak niektóre byłoby ekstremalnie trudno trenować z racji metody jaką stosujemy, czyli nagradzania jedzeniem. Osobiście nie wyobrażam sobie nauczenia czegokolwiek węża, który je raz na dwa tygodnie. Co innego jaszczurka, która żywi się owadami. To jest banalne, da się to zrobić. Tak samo jaszczurki roślinożerne. Nawet ryby, bo też nagrodą jest jedzenie, a żerują niemal przez cały czas.

Poprzedni artykułInfekcje dróg oddechowych u żółwi i żółwi wodnych
Następny artykułKrewetki w akwarium – najczęściej zadawane pytania
Technik weterynarii. Aktywny członek Górnośląskiego Stowarzyszenia Akwarystów oraz Podkarpackiego Forum Akwarystycznego. Była akwarystka w Palmiarni Miejskiej w Gliwicach. Pracownik Śląskiego Ogrodu Zoologicznego w Chorzowie. Fascynatka przyrody i książek.
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments